czwartek, 23 kwietnia 2015

Niezdecydowana wieża

A tymczasem w Kadic przyjaciele poszli na lekcję  basenu z Jimem. Sonia i Caro miały dosyć niepewne miny; do te pory jakoś nie mogły zaufać Jimowi po tym jak przymusowo zwirtualizował je w Lyoko. Wszystko teraz było dla nich nowe i dziwne. Teraz gdy słuchały nudnej jak flaki z olejem tyrady Jima,który próbował sobie przypomnieć prawo Archimedesa. Wreszcie zezłoszczona Caro powiedziała:
- Ciało zanurzone w cieczy lub gazie traci pozornie na ciężarze tyle, ile waży ciecz lub gaz wyparty przez to ciało, to pan chciał powiedzieć, prawda?
-Tak Swin, o to mi chodziło.
W tym momencie Jeremy usłyszał pikanie swojego laptopa. Pełen najgorszych przeczuć wyszeptał:
-Chłopaki zajmijcie czymś Jima.
 Ci skinęli głowami. Odd nachylił się do Urlicha i powiedział,może trochę za głośno:
-Ciekaw jestem, czy Jim jest gruby dlatego,że za dużo je czy takie się urodził.
Ulrich prychnął, co nie uszło uwadze trenera.
-Della Robbia, Stern. Skoro wszystko wiecie,to pokażcie klasie jak to się robi.
-Oczywiście-odpowiedzieli równocześnie, wstając. Klasa zachichotała a Jim osłupiał. Ulrich i Odd ustawili się na skoczniach,czekając na gwizdek Jima. Ten,kiedy się wreszcie otrząsnął zagwizdał. Chłopcy równocześnie wskoczyli do wody i zaczęli pływać. Klasa wesoło zaczęła kibicować chłopakom, zrobił się gwar, co pozwoliło Jeremy'emu wymknąć się do szatni (nadsłuch Jeremy'ego XD). Otworzył go szybko i ku swemu zdumieniu zamiast informacji o zaatakowanej wieży zobaczył ikonkę Yumi.
-Yumi, to chyba nie jest najlepszy czas-powiedział,poprawiając okulary.
-Wiem Jeremy, wiem,ale sytuacja kryzysowa-powiedziała Japonka i szybko mu streściła sprawy dziejące się w Lyoko. Gdy skończyła blondyn był w stanie głębokiego szoku.
-Yumi wiesz doskonale tak samo jak ja,że to niemożliwe-powiedział w końcu. W odpowiedzi czarnowłosa przesłała mu obraz który widziała. Na wprost niej przerażająco dumnie stała biała wieża.
-Teraz mi wierzysz?-zapytała sarkastycznie.
-Absolutnie. Poczekaj na nas.
***
 Lekcja dłużyła im się teraz bardziej niż zwykle. Gdy się skończyła cała szóstka jak najszybciej się ubrała i wysuszyła. Podróż autobusem minęła im zaskakująco szybko,więc do szkoły dotarli wcześniej niż się spodziewali. Mając małą nadwyżkę czasu zamiast jak zwykle przejść przez przejście w Kadic przespacerowali się do Pustelni a stamtąd dopiero do fabryki. Najmniej spokojna w tym wypadku była Aelita. Aktywowanie białej wieży oznaczało jedno. Powrót taty różowowłosej, Franza Hoppera oznaczało po pierwsze nowe zagadki, po drugie udoskonalenie Kodu Ziemia i to dla aż dwóch osób. Czyli więcej zabawy i więcej pracy... 
-Dobra ludziska. Najpierw wirtualizuję dziewczyny a potem chłopaków-rzucił z punktu dowodzenia Jeremy. Tak więc do skanerów najpierw weszła Aelita wraz z Sonią i Caro.
-Skan Aelity. Skan Soni. Skan Caro. Transfer Aelity. Transfer Caro. Transfer Soni. Wirtualizacja!
Dziewczyny zwirtualizowały się tuż obok czekającej na nie Yumi. Po chwili i chłopaki do nich dołączyli. 
-Chyba nigdy się nie przyzwyczaję do tych uszu i tego ogona-jęknęła Carolin.
-Witaj w moim świecie-oparł Odd. Aelita nawet nie zwróciła na nich uwagi. Stała osłupiała, wpatrując się w białą wieżę. Nagle... Wieża zmieniła kolor na czerwony!
-Jeremy!-krzyknęła Aelita. -X.A.N.A przejął wieżę!
-Widzę! Lepiej ją zdezaktywujcie zanim...-zaczął blondyn,ale wieża znów stała się biała. Po chwili znów czerwona i znów biała.
-Albo mi się wydaje... Albo ta wieża jest strasznie niezdecydowana-powiedziała Caro,opierając się o lodową skałę. 
-Uwaga! Pojawiają się potwory!-zawołał Jeremy patrząc uważnie na ekran. Ledwo to powiedział przed wieżą pojawiły się pęknięcia w lodzie z których wyłoniły się bloki. Z wielkim, charakterystycznym krzykiem na ciemnym, granatowym niebie pojawiły się manty.
-No to się trochę zabawimy-powiedział Ulrich wyciągając z pochwy miecze. 
-Uważajcie na Yumi-przypomniał Jeremy.
-Wiemy Einstein,wiemy-powiedział Odd celując w jedną z mant. -Przydałby się pojazdy-dodał.
-Już, zaraz będą-odparł blondyn. Po stronie Lyoko pojawił się motor Ulricha, deska Odda i hulajnoga Yumi. Aelita wyczarowała sobie skrzydła. Tylko Sonia i Caro patrzyły się na nich nie bardzo wiedząc co zrobić.
-A wy nie walczycie?-zapytała Yumi.
-Jak?-odpowiedziała pytaniem Sonia. -Caro ma jeszcze łuk,ale jak ja mam walczyć-mówiła i wyciągnęła zza pasa wstążkę. -TYM?-zapytała smagając nią powietrze, trafiając w bloka,który natychmiast się zniszczył.
-Dobra odszczekuję wszystko-powiedziała blondynka patrząc z niedowierzaniem na swoją nową broń. Po chwili wszyscy rzucili się w wir walki. Sonia cięła, Caro strzelała z łuku, Yumi rzucała laserami, Odd strzelałam strzałami a Ulrich ciął mieczami. Kiedy nareszcie wszystkie potwory zostały zniszczone wieża... Sama się zdezaktywowała.
-No teraz to już przesada-skomentowała całe to zajście Aelita
***
No siemka!! Jak się podobało? Piszcie w komentarzach ^^ Dedyk dla Idy.
Sonia

sobota, 18 kwietnia 2015

2. Wesoła zabawa okryta śniegiem

 
Blondynka była w niemałym szoku. Całe życie sądziła,że jest sama wraz ze swoimi niezwykłymi mocami. Marzyła,aby spotkać kogoś z podobnymi uzdolnieniami,mocami. A teraz jej marzenie się ziściło i stało tu przed nią w postaci tego białowłosego,intrygującego  chłopaka z szelmowskim uśmiechem na ustach. Mimowolnie Elsa odwzajemniła ten magiczny uśmiech.
-Gdzieś ty się podziewał,przez całe moje życie?-zapytała już bez nuty wyniosłości w głosie.
-Podejrzewam,że na biegunie północnym-odpowiedział ze śmiechem. Po chwili niespodziewanie rzucił: -Przejdziemy się?
Zaskoczona zerknęła szybko gdzie się podziała Anka. Szybko ją wyłowiła z tłumu. Była tak zajęta tańcem z Kristoffem,że nawet gdyby Arendelle wybuchło, ona by tego nie zauważyła. Toteż skinęła głową w geście zgody. Jack podał jej rękę i poprowadził do drzwi wyjściowych.
***
Spacerowali sobie już chyba z pół godziny nadal milcząc. Wreszcie Jack zagadnął:
-Elso,jeśli mam z ci od dziś towarzyszyć, może opowiedziałabyś mi coś o sobie?
-Spróbuję-odparła, będąc całkowicie rozluźniona. Tak,więc zaczęła. Opowiedziała mu o tym wypadku z Anną,kiedy były jeszcze dziećmi. O ostrzeżeniu trolli i nieudolnych próbach zapanowania nad mocą. O dniu w którym zamroziła całe Arendelle. Kiedy prawie zabiła własną siostrę.
-Musiało ci być ciężko-powiedziała ze współczuciem Jack. Elsa smutno pokiwała głową.
-Ale teraz jest lepiej. Wiem,że już nie muszę się z tym kryć i,że nie skrzywdzę Anny... Ale dość o mnie. Powiedz mi coś o sobie. Przecież ja też będę przebywała w twoim towarzystwie-odparła pogodnie. No i cóż miał zrobić? Opowiedział jej o tym jak został Strażnikiem,ale tylko to. O Mroku nawet nie wspomniał. Bał się,że gdyby wspomniał choćby to imię on ich znajdzie i zdarzy się coś strasznego. A tego jak najbardziej nie chciał. Właśnie spotkał kogoś podobnego do siebie. Nie chciał tego niszczyć w żadnym wypadku.
-Tak więc łączą nas nie tylko moce-powiedziała Elsa,kiedy on skończył opowiadać. Skinął głową. Po chwili się uśmiechnął. "Czy on nigdy nie przestaje się uśmiechać?'pomyślała zaskoczona blondynka. "Co chwilę się uśmiecha i to w tak ironiczny sposób,że nigdy nie wiem,czy bierze mnie na serio". Nagle wpadła na dosyć dziwny jak na siebie pomysł. Ręką, którą miała w tej chwili z tyłu, wyczarowała śnieżkę. Kiedy Jack na nią nie patrzył strzeliła mu nią prosto we włosy. Ten przez,chwilę zaskoczony, wypatrywał się napastnika. Po chwili skojarzył kto go tą śnieżką strzelił. Uśmiechając się sam stworzył inną kulkę śniegową i trafił Elsę w plecy. Po chwili zrobili sobie prawdziwą bitwę na śnieżki. Biały puch latał wszędzie, a oni, coraz bardziej uśmiechnięci i radośni obrzucali się śniegiem. Wreszcie,kiedy dochodziła północ ogłosili rozejm. Byli mokrzy, zmarznięci, ale szczęśliwi.
-Dawno tak się nie bawiłam... No, chyba,że z Anną-powiedziała wyczerpana blondynka.
-No cóż, ja owszem. Przecież to zawsze robię. Na tym również polega moja magia-odpowiedział jej na to Jack. Elsa uniosła brwi:
-A więc to twoja wina! Dostanie ci się za to!... Ale jutro-wykrzyknęła. Odrzuciła bowiem natychmiastowy plan zemsty z powodu nadmiernego zmęczenia. Jack chyba również, mimo wszystko był bardzo zmęczony bo zapytał:
-Idziemy do zamku?
Z wdzięcznością przyjęła ten pomysł. Frost podał jej ramię i wrócili.
***
-Elsaaaaaa!!!-krzyk Anny słychać było już na dziedzińcu. Kiedy dziewczyna ujrzała swoją starszą siostrę zapytała:
-Gdzieś ty się podziewała?
-Byłam z Jackiem na dworze-odpowiedziała blondynka, śmiejąc się w duchu. Anka wyglądała równocześnie na podekscytowaną co i złą.
-No cóż... Wszystko mi opowiedz!-powiedziała ucieszona,odrzucając poważny ton, który w gruncie rzeczy absolutnie do niej nie pasował. Elsa uśmiechnęła się.
-Może później? Jestem trochę zmęczona...
-Dobra, niech będzie później... Ale czas już zamknąć bal-powiedziała jej siostra nadal z uśmiechem wymalowanym na ustach. Kiedy bal już się skończył, blondynka padnięta walnęła się na swoje łóżko. "W gruncie rzeczy" pomyślała "ten dzień nie był taki zły". Z uśmiechem otuliła się kołdrą. Ciekawe, co przyniesie jutro?
***
Sul,sul! Tak to znów ja i moja Jelsa ^^ Jak Wam się podobało? Bo ja miałam mnóstwo fanu z tworzenia tego rozdzialątka :) Dedyk dla wszystkich!!
Sonia

sobota, 21 lutego 2015

2. Walka wśród wód


~Ayame
Kiedy tylko zobaczyłam i poczułam tego ohydnego stwora,odruchowo chciałam uciekać. Jednakowoż nie mogłam. Przez ten tygodniowy bieg i dzisiejszą krótkodystansówkę byłam kompletnie wyczerpana. Ledwo mogłam ustać na nogach,a poza tym... Nie chciałam zostawiać Kogi. "Kurczę,dziewczyno ogar. Przecież on i tak kocha tą Kagome"pomyślałam smutno. Mimo to, nie potrafiłabym go zostawić. Nie w tym momencie. Jednakże, kiedy potwor chciał mnie złapać z ledwością odskoczyłam, nie lądując zbyt zgrabnie. Mianowicie noga poślizgnęła się na kamieniu i wpadłam do wody. "Nie no ruszcie tyłki" pomyślałam zdenerwowana. Koga i jego towarzysze tylko stali jak wryci,niezbyt wiedząc co się dzieje. Świetnie. Faceci. Kiedy olbrzym znów się zamachnął,nie dałam rady wstać. Jak najszybciej wyjęłam irys z moich włosów i rzuciłam nim w kierunku Youkai. Ten zawył z bólu, bo ostry koniec kwiatu wbił się prosto w środek jego ręki. Uśmiechnęłam się tryumfująco, chociaż mój wzrok zaczął szwankować. Podniosłam się z pozycji stojącej, starając się skupić na potworze. Jednak ledwo co wstałam już upadlam twarzą w dół w wodę,a wokół mnie zapanowała cisza i ciemność.
~Koga
Dopiero zemdlenie Ayame mnie otrzeźwiło. Kiedy to truchło chciało ją znów złapać,podskoczyłem do niej, wziąłem na ręce i przeniosłem tam,gdzie sam przed chwilą stałem. 
-Ej,zajmijcie się nią-rzuciłem do Ginty i Hakkaku. Za to do Zagubionej Duszy krzyknąłem:
-Ty cholerna kupo ciał! Zapłacisz mi za to!
-Oddaj mi mój obiad! Ta Wilcza Youkai ma pójść ze mną!-odrzekł,zamachnąwszy się na mnie. Odskoczyłem i powiedziałem:
-Po moim trupie!
-Za dużo klapiesz dziobem-rzekł znów starając się mnie zaatakować,ale znowu odskoczyłem. Wyciągnąłem swój miecz i przeciąłem mu dłoń. Olbrzym zawył z bólu. Korzystając  z jego rozkojarzenia postarałem się mu wskoczyć na głowę,ale tak machał drugą łapą,że mnie odbił, a ja upadłem na ziemię. -Koga!-krzyknęli moi towarzysze.
-Zostańcie z tyłu głupki! Chrońcie Ayame!-odpowiedziałem im na to. Podniosłem się z trawy i otarłem krew płynącą mi z wargi.
-Ty cholerny... Teraz to mi naprawdę podpadłeś!-wrzasnąłem,przymierzając się na niego. Jednak on mnie odbił w kierunku rzeki. Natychmiast wstałem,ale on przestał się mną interesować. Natarł na moich towarzyszy,którzy,jak to oni, z wrzaskiem poczęli uciekać. Zostawiając Ayame. "Cholera!" zakląłem w myślach. Natychmiast skoczyłem pomiędzy potwora a rudą. Nie wiedzieć czemu, poczułem się odpowiedzialny za jej bezpieczeństwo. 
-Ani się waż jej tknąć!-krzyknąłem,kopiąc go prosto w środek twarzy. Zawył i zakrył ją jedną ze swoich obrzydliwych dłoni. Natarłem na niego z mieczem w ręku. -Giń!-wrzasnąłem. Po czym odciąłem mu głowę. Dusza zaczęła się chwiać,a cała jego ohydna postać rozsypywała się w proch. Wreszcie jego prochy zabrał wiatr. Dopiero wtedy miałem czas,aby myśleć o Ayame. Podbiegłem do niej najszybciej jak tylko mogłem. Na szczęście tylko zemdlała.
koga and ayame marry photo: Ayami and Koga ORTLCAINT08UCAE03I7GCAMKBJ4FCAPLPAE.jpg-Koga?-zapytał Ginta. -Co robimy?
Wahałem się tylko przez chwilę. Po czym delikatnie ją podniosłem, oplotłem swoją szyję jej rękami zamakając tak,aby mi nie spadła. Chwyciłem ja pod kolana i powoli wstałem.
-A jak myślisz? Ma ten sam problem co my. Może nam pomóc-odparłem w odpowiedzi nie tylko na pytanie,ale też i na ich pytające spojrzenia. "Jak sprzed paru laty, co Ayame?" pomyślałem, uśmiechając się do siebie. Tamta noc również była  ciemna i bezksiężycowa. Dziadek, martwiąc się o dziewczynę wysłał mnie na jej poszukiwanie. No cóż stosunkowo mało czasu minęła nim ją znalazłem. Ukryta w pniu drzewa, chowała się przed Youkai. Zniszczyłem go i pomogłem jej wrócić do domu. Tej nocy obiecałem jej,że wezmę ją za żonę. Równocześnie widzieliśmy wtedy księżycową tęczę. Z biegiem czasu sam sobie się dziwiłem,że nie zapamiętałem przynajmniej tego zdarzenia. Pal licho obietnicę, ta tęcza wyglądała naprawdę super. Byłem tak pochłonięty myślami,iż nie poczułem,że Ayame na moich plecach zaczęła się trząść. Dopiero Hakkaku zwrócił na to moją uwagę. Po chwili usłyszałem,że z trudem szepcze słowo: "Koga".
***
Ohayou! Jakoś tak słodko wyszło,ale Wam to chyba pasuje c'nie?? ;) Dedyk dla Idki.
Sonia

sobota, 14 lutego 2015

2. Przybycie Króliczka


Zdarzenie,które wydarzyło się tak niedawno nie dawało mi spokoju. Czym była ta mgiełka? Co to był za stwór? Powiedzieć dziewczynom,czy może lepiej nie? Te myśli krążyły po mojej głowie,kiedy odrabiałam lekcje. Kiedy zaczęłam robić wyjątkowo trudne (dla mnie oczywiście. Ami czy Mamo zrobiliby je pewnie w dwie minuty) zadanie z matmy mama mnie zawołała na dół. Krzyknęłam,że już idę i zeszłam na dół. Przeczucie mi mówiło,że czeka mnie dziś jeszcze jedna niespodzianka. I nie myliłam się. W korytarzu mojego domu zobaczyłam... Nie kogo innego jak moją przyszłą córkę Chibiusę wraz z jej ukochaną kotką, również przyszłą córką Luny i Artemisa. Musze przyznać,że Chibiusa urosła od naszego ostatniego spotkania. Różowe włosy upięła w dwa niby-koczki (mówię niby, bo  bardziej przypominały stożki niż koczki),ale włosy które zostawiła luzem były już dłuższe. Jednak czerwono-różowe oczy i dziecięca buzia zostały takie same. Była ubrana w mundurek Juuban Municipal Primary School. Szara, mała kotka Diana jak zwykle siedziała jej na głowie.
-Chibiusa!-krzyknęłam i podbiegłam do niej aby ją uściskać. Było to dosyć niecodzienne zachowanie jak na mnie,ale kiedy nieomal ją straciłam, to chyba uczucia Przyszłej Królowej Serenity do swojego dziecka postanowiły się we mnie obudzić.
-Też za tobą tęskniłam Usagi-powiedziała dziewczynka, odwzajemniając uścisk.
-Czy to nie wspaniałe? Mam nadzieję,kochanie,że nie będzie już tak długich wycieczek szkolnych-powiedziała mama. W duchu westchnęłam. No tak. Przecież trzeba było jakoś usprawiedliwić nieobecność Chibi.  Mama nie mogła przecież wiedzieć,że Mała Dama przebywała przez cały ten czas w przyszłym Kryształowym Tokio. Wkrótce po przywitaniu całej mojej rodziny z Chibiusa mama zrobiła nam najpyszniejsza kolację jaką kiedykolwiek jadłam.
-Usagi,nie jedz tyle bo pękniesz-upomniała mnie mama. Ale ja tam jej nie słuchałam. Sama sobie winna,że zrobiła tyle dobrego jedzenia! Musiałam przecież wszystkiego spróbować, jakiem Usagi Tsukino! Po kolacji poprosiłam Chibiusę aby wpadła jeszcze do mnie na chwilę.
-Dobra,mów mi teraz co cię do mnie sprowadziło-powiedziałam.
-Mama mi powiedziała,że mam przyjść bo niedługo tutaj, w XX wieku ma się zdarzyć coś dziwnego. Zauważyłaś coś?-odpowiedziała wyjątkowo chyba nie kręcąc i nie próbując się wykręcić od mojego pytania. W duchu ucieszyłam się. Przyszła Królowa Serenity (czyli ja) wreszcie utarła jej trochę nosa. Ciekawe,czy przestanie się przystawiać do Mamo? Matko o czym ja myślę! Przecież bądź co bądź to jej ojciec! Nie mogła się do niego przystawiać! Tak się pogrążyłam we własnych myślach,że Chibiusa musiała mnie mocno uderzyć w ramię.
-Tak widziałam coś dziwnego-powiedziałam i opowiedziałam jej o dzisiejszym zdarzeniu.
-Mama miała rację, jak zawsze. Ale my sobie z tym poradzimy!-powiedziała optymistycznie dziewczynka. Czasami zapominam ile ona ma lat... Jest nazbyt dojrzała jak na swój wiek,ale skoro jej to nie przeraziło, dziewczyn chyba też nie powinno,prawda? Outer Senshi chyba i tak o tym wiedzą,dzięki Hotaru. Teraz tylko Inner Senshi powinny się tego dowiedzieć tego ode mnie...
***
-CO TAKIEGO?-wrzasnęła Rei Hino, uderzając ręką w stół.
-To niemożliwe...-wyszeptała Ami Mizuno patrząc na mnie szeroko otwartymi oczami. Minako Aino i Makoto Kino nie mogły wydobyć z siebie głosu. Siedziałyśmy w naszej ulubionej kafejce i właśnie im opowiedziałam o wczorajszej przygodzie i o wizycie Chibiusy.
-Przyjęłyście to gorzej,niż myślałam-mruknęłam pod nosem.
-Dziwisz się?! Poprzednim razem omal nie zginęłyśmy na dobre!-krzyczała dalej Rei. Ta to dopiero się wkurzyła. Naprawdę zasługiwała na swoje imię (Dusza Ognia). 
-Rei,opanuj się. To nie jej wina-powiedziała Mianko,odzyskawszy wreszcie głos. Uśmiechnęłam się do niej z wdzięcznością. Wybuchy Rei były naprawdę niebezpieczne dla otoczenia. 
-Poza tym od tego właśnie jesteśmy,tak? Od obrony Kosmosu-poparła Minako Makoto. Po dwudziestu minutach przekonywań Rei w końcu dała za wygraną. Nawet Ami przestała się bać.
-Czyli co? Wracamy do starej pracy?-zapytałam kładąc przed siebie rękę. Ami położyła swoją dłoń niepewnie,ale za to Minako i Makoto z wielkim zapałem. Luna i Artemis również położyli swoje kocie łapki. Wszyscy wyczekująco spojrzeliśmy na Rei. Po krótkim wahaniu i ona postanowiła położyć swoją dłoń.
***
Ohayou! Jak Wam się podobało? Napiszcie mi!! Dedyk dla Julki :*
Sonia

sobota, 7 lutego 2015

4. Mistrz różdżek

Ellie niepewnie przyglądała się starszemu czarodziejowi,który pojawił się dosłownie znikąd. W jego ręku pojawiła się długa, srebrna taśma,która zaczęła mierzyć dziewczynkę.
-Która ręka ma moc?-zapytał mężczyzna.
-Eee... Jestem praworęczna-powiedziała, bo domyślała się,że chodzi o to którą ręką pisze.
-Wyciągnij ją... O tak-powiedział cicho. Taśma zmierzyła jej rękę od palca wskazującego do ramienia, od łokcia do nadgarstka, odległość od podłogi do ręki i obwód głowy. Kiedy taśma ja mierzyła Ollivander (jak się domyśliła Ellie) mówił:
-Widzi pani, panno Ray,pamiętam każdą różdżkę,którą sprzedałem. Co do jednej. Jest pani bardzo podobna do matki... Wydaje się,że zaledwie wczoraj przyszła tutaj kupić swoją różdżkę... Wierzba, jedenaście i pół cala z rdzeniem z pióra feniksa. Nieco wygięta. Za to pani ojciec,wolał trochę sztywniejsze różdżki. Szczególnie do gustu przypadła mu różdżka z mahoniu, trzynaście cali, włókno ze smoczego serca. Duża moc, w naprawdę dobrych rękach. Bo widzi pani, panno Ray... Każda moja różdżka ma rdzeń z jakiejś potężnej substancji magicznej. Używamy smoczych serc, rogów jednorożców lub piór feniksa. Nie ma dwóch jednakowych różdżek, tak samo jak nie ma dwóch jednakowych smoków, jednorożców lub feniksów. No, i oczywiście nigdy nie osiągnie się tych samych rezultatów używając różdżki innego czarodzieja.
Ellie nagle zdała sobie sprawę z tego,że taśma sama ją mierzy; pan Ollivander w tym czasie krążył po sklepie wyjmując różne wąskie pudełka.
-Dość-powiedział,a  taśma sama zwinęła się w kłębek i opadła na blat stołu. -No dobrze panno Ray. Proszę spróbować tej. Brzoza, serce smoka, siedem cali. Dobrze układająca się w ręce. Proszę wziąć i machnąć.
Ellie wzięła różdżkę i machnęła nią lekko (czując się bardzo głupio),ale pan Ollivander niemal natychmiast wyrwał jej różdżkę z ręki.
- Lipa i róg jednorożca. Dziewięć i pół cala. Sztywna. Proszę spróbować...
Ellie spróbowała,ale nim zdążyła cokolwiek zrobić, pan Ollivander wyrwał ją z ręki.
-Nie, nie... proszę, mahoń i pióro feniksa. Sześć i pół cala, bardzo elastyczna. No proszę spróbować...
Ellie próbowała i próbowała. Nie miała zielonego pojęcia o co panu Ollivanderowi chodziło. Stos wypróbowanych różdżek wciąż rósł na krześle postawionym obok. W pewnym momencie dziewczynka zauważyła,że i Hagrid gdzieś się ulotnił. No pięknie. Jak ona potem wyjdzie z tej ulicy? W tym czasie pan Ollivander z coraz większą radością wyciągał coraz to nowsze pudełka z różdżkami.
- A to mi się trafiła klientka, nie ma co! Proszę się nie martwić, znajdziemy odpowiednią... zaraz... tak sobie myślę... właściwie dlaczego nie? Jedna z moich bardziej niezwykłych kombinacji... Wiśnia i róg jednorożca, dziewięć cali. Bardzo ładna, dobra do zaklęć i transmutacji.
Ellie wzięła różdżkę, czując coś niespodziewanego. Poczuła jak od czubka jej palców po całą rękę, zaczęło się rozpływać miłe dla jej skóry ciepło. Czując nowy przypływ energii uniosła ja wysoko w górę i machnęła tak,że aż słychać było świst rozdzieranego powietrza, a z końca różdżki wydarły się niebieskie, brązowe i srebrne iskierki, jak laseczki zimnego ognia, rzucając na ściany roztańczone plamki światła. Ollivander uśmiechnął się ciepło. Wyciągnął rękę po różdżkę i włożył ją  z powrotem do pudełka owijając w bursztynowy papier. Ellie wyjęła z kieszeni sakiewkę (dziękując Bogu, że wcześniej zażądała od Hagrida oddania jej sobie) i zapłaciła za różdżkę pięć złotych galeonów i już miała zacząć rozpaczać,że nie wie gdzie Hagrid,kiedy go nareszcie zauważyła. Tachał ze sobą ogromną klatkę z... Piękną, wielką sową uchatką.
-Ojej, Hagridzie... To dla mnie?-zapytała zaszokowana. Olbrzym skinął głową.
-Prezent z okazji urodzin-odparł, uśmiechając się. Ellie zapiszczała z radości, ściskając Hagrida z całej siły. Potem wyszli do świata mugoli, gdzie olbrzym odprowadził ją na stację metra i powiedział:
-W takim razie... Zajrzyj do listu. Masz tam bilet na pociąg do Hogwartu. Pierwszy wrzesień, stacja King's Cross... wszystko jest na nim. Peron numer 9 i 3/4. No to do zobaczonka Ellie-powiedział, "wrzucając" dziewczynkę do metra.
-Ale Hagridzie... Nie ma takiego peronu jak...-zaczęła dziewczynka,ale kiedy się obróciła zobaczyła,że olbrzym już zniknął.
***
Hej,hej hello!!To znów ja i mój Hogwart! Mam nadzieję,że się podobało! Pytanko takie małe... Jaką różdżkę Wy macie?? Piszcie! Dedyk dla Kiwi!
Sonia

sobota, 31 stycznia 2015

1. Zagubiona dusza

~Ayame
 
Nazywam  Ayame.Jestem Wilczym Youkai*. Razem ze Starszym,którego nazywam dziadkiem przewodzę północnemu wilczemu stadu. Od jakiegoś czasu na naszym terenie zaczęły się dziać przedziwne rzeczy. Stado rozpoczęło walkę miedzy sobą, a z zabitych wyłaniała się Yaki**, która ulatniała się w kierunku południowego wschodu. Nie do końca wiedzieliśmy z dziadkiem, co to miało znaczyć,ale wiedzieliśmy jedno. To coś trzeba było koniecznie powstrzymać,inaczej... Inaczej powybijamy się wzajemnie a wtedy nie będziemy mogli się bronić przed innymi. Jedynym wyjściem było wysłanie mnie w tamtą stronę samotnie. Dziadek stwierdził,że tak będzie bezpieczniej. Jeszcze by się nie rozpoznali i mnie by zagryźli. Dziwnie mi było tak samotnie przemierzać te wszystkie dziwne krainy,pola,łąki,lasy, a nie znajome góry. Wszystko wydawało się być zbyt... Zbyt rażące w oczy. Biegłam dni i noce,nie zatrzymując się. Jednak nawet ja po tygodniu biegu musiałam wreszcie odpocząć. Zgłodniałam i fizycznie,gdybym biegła jeszcze jeden dzień to nawet mysz byłaby dla mnie niebezpieczeństwem. Była ciemna,bezksiężycowa noc.Niedaleko polany,którą wybrałam na miejsce odpoczynku płynęła rzeka. Kiedy usłyszałam plusk skaczącego pstrąga, zrozumiałam,jak bardzo jestem głodna. Natychmiast podbiegłam w kierunku rzeki. Minęło około trzydzieści sekund kiedy złapałam moją pierwszą rybę. Zawsze byłam zwinna i szybka,więc pożywienie znajdywałam w błyskawicznym tempie. Pierwszą rybę zjadłam tak prędko,że nawet jej nie gryzłam,taka byłam głodna. Złapałam jeszcze cztery (które równie szybko pożarłam), rozłożyłam swoje białe futerko,położyłam się na nim i zasnęłam.
***
Obudził mnie jakiś dziwny trzask. Natychmiast zerwałam się z mojego prowizorycznego łóżka i rozejrzałam się dokoła. Nic się nie poruszało, żadne listek na drzewie,żadne źdźbło trawy. Mimo wszystko poczułam to. Nieprzyjemny,smrodliwy odór jakiegoś Monoke***. W pierwszym odruchu pomyślałam o ucieczce,ale odrzuciłam ten pomysł. To byłoby wbrew moim zasadom, ucieczka jeszcze przed prawdziwym zagrożeniem. Tak więc czekałam,aż ten tchórzliwy potwór się wyłoni zza drzew. Po jakichś dwóch minutach stwór postanowił się wyłonić z swojej kryjówki. Miał powykręcane członki ciała,wielkie, wybałuszone oczy i paskudny, fioletowy odcień skóry. Usta miał normalne,dopóki ich nie rozwarł. Zęby były ogromne i przerażające białe. Byłam pewna,że przy ich pomocy z powodzeniem rozerwałby mnie na strzępy. Przez chwilę krążył wokół miejsca na gdzie spałam, wyraźnie węsząc.
-Gdzie jesteś Wilczyco?-pytał. Wtedy zrozumiałam. Był ślepy! To mi dawało szansę na ucieczkę! Zaczęłam się cofać,ale na moje nieszczęście nadepnęłam na jakąś nieszczęsną gałązkę. Stwór natychmiast podniósł głowę, kierując ją w moją stronę. 
-A więc tu jesteś! Nie uciekniesz mi!-krzyknął, próbując mnie chwycić w jedną ze swoich upiornych dłoni. Natychmiast odskoczyłam w inną stronę.  Uderzyłam pięścią w ziemię a wokół potwora utworzył się wir z zielonymi,ostrymi liśćmi. Stwór teraz nie mógł się ruszyć, co dało mi szansę na ucieczkę. Natychmiast utworzyłam podobny wir wokół siebie i zaczęłam biec najszybciej jak mogłam. W pewnym momencie do moich nozdrzy doszedł znajomy mi zapach, który rozpoznałabym wszędzie. To był Koga.
~Koga
 
Nazywam się Koga. Jestem Wilczym Youkai, przywódcą wschodniego stada. Tej nocy,kiedy to wszystko się zaczęło poszedłem razem z moimi pomocnikami Gintą i Hakkaku na poszukiwanie odpowiedzi na pytanie,które nurtowało mnie od jakiegoś czasu. Kiedy tylko Shikon no Tama został zniszczony wilki z mojego stada, których zostało już tak niewiele,zaczęło wszczynać miedzy sobą bezsensowne bójki, często ze skutkiem śmiertelnym. Z zabitych zawsze ulatniała się Yaki,kierując się w kierunku południowo-wschodnim, toteż tam skierowaliśmy swoje kroki. Tym razem wyszliśmy zapolować - zaczynało brakować na jedzenia. W trojkę zdobyliśmy coś co w każdym bądź razie było jadalne. 
-Ej, Koga...-zaczął Ginta, kiedy tylko złapaliśmy wyjątkowo dobrego dzika.
-Czego?-warknąłem. Nie powinienem się do niego tak ostro zwracać,ale jakoś tak mi wyszło...
-Jak myślisz,kto za tym wszystkim stoi? Za tym szaleństwem i tak dalej...-dokończył Hakkaku, przezornie się cofając. Prychnąłem.
-Głupki, czy wy sądzicie,że gdybym wiedział, to byśmy się błąkali po tych zakichanych lasach?-odpowiedziałem pytaniem. -Przysięgam, gdybym znalazł tę osobę to...-zacząłem,ale natychmiast urwałem. Wiatr, który zmienił teraz kierunek przywiał dziwnie znajomy mi zapach. Zaciągnąłem się nim. Hm... Irysy,góry,wilki... Wtedy do mnie dotarło kto tu biegnie. Moja niedoszła narzeczona, Ayame. Chwilę po tej myśli zobaczyliśmy wir,a gdy się rozwiał zobaczyłem ją. Nadal była niższa ode mnie,ale oprócz tego nic się nie zmieniło. Długie, rude włosy jak zwykle upięła w dwa kucyki. Zielone oczy i jasna skóra wyglądały tak jak zawsze. Na sobie nosiła jak zwykle czerwono-czarną zbroję, biała, futrzaną spódnicę, również białe i również futrzane ochraniacze na nogi, a na odkryte ramiona narzuciła białe futro. Na szyi miała zawieszony naszyjnik zrobiony z czarnego sznurka i trzech zielonych kłów. Przez jej czoło przebiegała biała,cienka opaska, a we włosach miała wpięty kwiat irysu.
-Jo, Ayame!-przywitali się moi towarzysze. Uśmiechnęła się do nich blado, co zwróciło moją uwagę.
-Ej, co się dzieje?-zapytałem.
-W północnym stadzie nie dzieje się dobrze. Wilki zabijają się wzajemnie-odpowiedziała.
-No to jesteśmy w tej samej sytuacji-powiedziałem. -U nas dzieje się to samo. Skinęła głową. Nagle znieruchomiała,marszcząc nos.Tez to poczułem. Odór Monoke.
-Cholera, myślałam,że się go pozbyłam-szepnęła,odwracając się.
-Czego się pozbyłaś?-zapytali równocześnie moi towarzysze. I wtedy to zobaczyliśmy. Zagubioną Duszę.
***
Jo! Witam was w pierwszej części mojego opowiadania!! Mam nadzieję,że przypadło Wam do gustu. Dajcie znac co Wam się podobało. Dedyk dla Justyny!
Sonia

sobota, 24 stycznia 2015

1. Pierwszy atak


~Usagi
Dzień zaczął się dla mnie bardzo zwyczajnie. Jak zwykle za późno wstałam i z tostem w ustach, poganiana przez Lunę, pobiegłam prosto do szkoły. Po drodze spotkałam jeszcze moje przyjaciółki, oprócz Ami Mizuno. Ona była wzorową uczennicą i nigdy się nie spóźniała. Po prawdzie, to tylko dzięki niej udało mi się dostać do wyższej szkoły. Gdyby nie ona, zawaliłabym sprawdziany. A tak tylko się w duchu cieszyłam. Kiedy tylko skończę szkołę na dobre, wyjdę za Mamoru, a potem... zobaczymy co przyszłość przyniesie. W szkole było meeega nudno, jak zwykle zresztą. Niech się nie dziwią,że połowa uczniów śpi na lekcjach, skoro nauczyciele tak przynudzają. Kiedy WRESZCIE zajęcia się skończyły, poszłam z dziewczynami do kawiarenki na lody. Niedługo potem pożegnałam się z nimi i poszłam z Luną w kierunku domu. Nagle zatrzymało mnie coś... jakieś złe przeczucie.
-Luno, czujesz to?-zapytałam kotki, siedzącej mi w ramionach. Ta skinęła głową.
-Oczywiście, że tak. Chodźmy to sprawdzić! -wykrzyknęła, wyślizgując się z moich ramion. Nie mając zbytnio wyboru pognałam za nią. Naszym oczom ukazał się dosyć okrutny widok. Jakaś okropna... no właśnie,  nie mam zielonego pojęcia jak to określić... Powiedzmy, że miało krwiście czerwone oczy, czarne skrzydła,czarne, krótkie włosy. Ubrane było w karminową sukienkę. Było bose a z ramion wystawały jej czarne rogi. Zauważyłam, że wysysa z jakiejś kobiety białą mgiełkę.
-Usagi szybko! Przemień się! -szepnęła do mnie Luna. Chwyciłam moją broszkę i powiedziałam:
-Potęgo wiecznego Księżyca, Przemień mnie!
Kiedy transformacja się zakończyła, krzyknęłam do stojącej tam postaci:
-Stój!
-Co się dzieje?-zapytała. Po chwili podniosła głowę i mnie ujrzała. -Kim jesteś?
-Jestem Wojowniczką o Miłość i Sprawiedliwość, jestem Czarodziejką z Księżyca i... W imieniu Księżyca ukażę cię! -zawołałam.
-Khe! Możesz sobie pomarzyć-prychnęła ta dziwna kreatura. Westchnęłam w duchu. Przecież nie mogło pójść tak łatwo, prawda? Nagle ta dziwna postać skoczyła na mnie. Odskoczyłam i wylądowałam za nią.
-Sailor Moon Kick!-krzyknęłam, kopiąc ją w miejsce, gdzie wyrastały jej skrzydła. Postać zawyła z bólu i próbowała mnie złapać,ale byłam szybsza. Czym prędzej krzyknęłam:
- Pocałunek Srebrnego, Księżycowego Kryształu!
Gdy tylko wykrzyczałam te słowa w moich rękach pojawiło się berło. Z niego wypłynęło światło kierujące się na moją przeciwniczkę. Ta zawyła upiornie i zniknęła w ciemności. Sprawdziłam co z kobietą i gdy upewniłam się, że z nią wszystko w porządku pobiegłam do Luny i zmieniłam się w siebie.
-Luno,co się dzieje?-zapytałam czarnej kotki,ale ta pokręciła tylko swoją czarną główka.
-Nie wiem. 
***
Ohayou! Wiem,że trochę krótko,ale trochu musiałam się zastanowić jak to przedstawić. Obiecuję,że druga część będzie lepsza i bardziej opisowa!! Dedyk dla wszystkich fanów Sailor Moon!
Sonia